Papierowa wiklina i szydełkowe dziergadełka wyplecione... wydziergane... wymarzone...
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A O WIKLINIE PAPIEROWEJ:
A wiklina naturalna tu:
Bo lubię zaglądać do:
Bo podziwiam i płaczę:
Do poczytania
Mniam mniam
To się przyda:
Wyślij do mnie list






zielona-mi

Bitwa pod Mławą 2009

pomoc dla Grzesia

jak szyć to z fasonem

poniedziałek, 19 października 2009

Czy ktoś jeszcze pamięta „Bezkrwawe łowy” Włodzimierza Puchalskiego? Ten czarno-biały album z biblioteki mojego Dziadka zrobił na mnie ogromne wrażenie. Potem jeszcze równie duże wrażenie zrobił na mnie film Jana Walencika „Tętno pierwotnej puszczy”. Było jescze parę innych pozycji jak: „Pieprz i wanilia” co sobotę; „Mikrokosmos” itd. Może mi coś z tego zostało, bo w przyrodniczej enklawie jaką jest Szuwarkowo, wytropiłam nieznanego mi dotąd ptaszka. Ustaliłam, że jest to Ptasio Szuwarkowiec w odmianie różano-wrzosowej.

Ponieważ mój aparat jest znowu niedysponowany (hmm ciekawe ile to będzie nas tym razem kosztowało). Musiałam się posłużyć inną techniką. A ponieważ uwielbiam wszelkie recyclingowe prace, użyłam do tego filcu z odzysku – czyli sfilcowanych swetrów i koca. Oto Ptasio Szuwarkowiec na filcowych „fotkach” - czyli sceny z życia Ptasia:





Przyznaję się bez bicia, że na zrobienie Ptasia nabrałam ochoty po tym jak Ania urządziła swoje candy. No po prostu w losowaniach candy mam takie samo szczęście jak w totolotku - czyli żadne. Musiałam więc sobie pomóc hehe

wtorek, 16 czerwca 2009

Serdecznie dziękuję za wyróżnienia:

Agnieszce z Niebiańskiej Szafy

Krzysi w jej Hardangerowych Fascynacjach

Ali w jej miłym Miejscu dla Kropelki

Wasze wyróżnienia sprawiły mi ogromną przyjemność i nie ukrywam - satysfakcję. Jak człowieka doceniają to od razu dostaje pozytywnego "kopa". Przyznam, że ostatnio przysnęłam z robótkami. Szczególnie dziękuję Krzysi, bo dzięki niej nauczyłam się poprawnie czytać słowo "hardanger" i chociaż teraz nie haftuję, to kursik Krzysi - przewspaniale prowadzony, nauczył mnie dużo więcej niż tylko wyszywać wzorki.

Ja teraz mam naprawdę problem z wybraniem osób i ich blogów do mojego wyróżnienia. Mam ich całą listę w zakładkach i jeszcze więcej w "ulubionych". I wszystkie te miejsca są pełne pomysłów i służą mi inspiracją. Wybaczcie, że ne przekażę dalej wyróżnienia, bo wybierając tylko kilka blogów czułabym się jakbym niesprawiedliwie pominęła pozostałe.

A teraz co z tym szyciem retro? Niedawno wyżalałam się, że żeby zadowolić Pana Mężysława, będę musiała sięgnąć po babciną maszynę z napędem nożnym, bo moja elektryczna ledwo dyszy przy zadaniu jakie mi wymyślił. No i będąc teraz przy okazji długiego weenekdu w rodzinnym domku (czyt.: u mamusi), wywołałam z niebytu w czeluściach kurzu i zapomnienia to leciwe cudo techniki. Drżało mi serducho jak ją odkurzałam. Eeeech! jak to dawno było kiedy ostatni raz korzystałam z tej Maszyny. Inny czas... inne miejsce... ludzie choć ci sami to jednak jakby inni... kupa wspomnień. To była pierwsza w moim życiu maszyna do szycia, na której uczyłam się szycia pod okiem Babci. 

Ale niesamowite jest to, że ta Maszyna po odkurzeniu i lekkim naoliwieniu była od razu całkowicie sprawna i gotowa do pracy. Widać po niej, że jest już wysłużona i nadszarpnięta tzw. zębem, ale wciąż sprawna!

No i przede wszystkim po prostu jest PIĘKNA! Patrzcie i podziwiajcie:

Te wysmakowane szczegóły... Te dopracowane detale... Żałuję, że nie potrafiłam zrobić jej lepszych zdjęć oddających jej piękno.

No ale wracając do sedna - męża połowicznie zadowoliłam. Połowicznie, bo ze swojej strony zrobiłam co mogłam. Pretensje może mieć teraz do siebie, że przesadził z solidnością materiałów - cordura, którą zamówił jest zdecydowanie za gruba na takie szycie. A uważam, że i tak dzięki babcinej maszynie poradziłam sobie bardzo dobrze.

I tak oto powstały osłony na mężowski sprzęt (hihihi). Nie dostałam niestety pozwolenia na publikację zdjęć owego sprzętu - ale bez obawy, nie z powodu nieprzyzwoitych treści. Wydaje mi się, że i tak dla niewtajemniczonych niewiele by pokazały.

No no - ale się rozpisałam! Teraz więc już tylko wrzucę fotki moich wcześniejszych robótek na ludziach. Torba na mnie:

Kolczyki na Agrabce:

Zapomniałam napisać, że wykrój torby był moją radosną improwizacją i mam go tylko w postaci wyciętej z gazety. Niestety nie mam więc możliwości żeby go tu udostępnić.

niedziela, 07 czerwca 2009

Zimno mi. Pogoda cyka nam po jednym cieplejszym dniu, który potem trzeba "odpokutować" kilkoma zimnymi. Jeśli to lato będzie całe takie zimne, to chyba wpadnę w depresję. No i dlatego chodzi za mną ostatnio żółty słoneczny kolor.

Takie kolczyki wymodziłam. Co prawda ten kolorek jest akurat dosyć blady, ale liczy się jako słoneczny żółty. Wszystko już było: kwiatek i ametyst, fiolet i zółty, duże koła - a jednak wyszło coś nowego.

I torba Słoneczna Łączka:

Ta torba to też z tęsknoty za ciepłem powstała. Słoneczna żółta łączka doczekała się realizacji. A żeby nie było tak sielsko, to dostała mroczne - fioletowe wnętrze.

Torba wreszcie spełnia moje oczekiwania co do ilości wewnętrznych kieszonek. Teraz to już musi mi się wszystko w nich zmieścić. Niestety nad wszywaniem zamków musze jeszcze popracować. Tym razem nie wyszło całkiem tak jak trzeba, ale już następnym razem to ..... No pod warunkiem że będzie następny raz. No i mam nadzieję, że pogoda będzie lepsza, bo na chmury i deszcz to tej torby nie mam ochoty nosić. Do kurtki też mi nie pasuje.

A tak w ogóle to niedługo będę miała kuuuuuupę roboty, bo wkrótce zaczynamy WIELKI remont. No i raczej wszelkie inne robótki pójdą w odstawkę. Nawet nie wiem czy w nowym domu bedziemy mieć internet. Nadchodzą więc wielkie zmiany - mam nadzieję że na lepsze.

Przygotowałam mały schemacik wykroju torebki - jeśli ktoś chciałby skorzystać to zapraszam TU.

wtorek, 21 października 2008

Pięć lat temu uszyłam 14 poduch, które po połączeniu mogą służyć jako bariera antydzidziuchowa, materac albo bunkier:

Każda poducha ma na rogach wszyte pętelki, które umożliwiają związywanie poduch sznureczkiem w dowolnej kombinacji.

Poduchy są wypełnione blokami gąbki wyciętymi na wymiar.

Pokazuję te poduchy, bo chcę się trochę pochwalić, ale głównie po to żeby je zareklamować. Bo chociaż trochę było roboty przy szyciu, to bardzo je sobie chwalę. Służyły poprzednio i teraz znowu, jako zabezpieczenie przed małym wszędobylskim "raczkiem". Starszemu synkowi teraz służą właśnie do budowy różnych niesamowitych konstrukcji. A jak przyjeżdżają goście, to przydają się jako dodatkowe posłanie - co prawda na podłodze, ale jak gości dużo, to nie wybrzydzają. A jeśli nie są akurat nikomu do niczego potrzebne, to lądują w stosiku za drzwiami. Polecam taką robótkę każdej szyjącej mamie.

A tu też wykopaliska tylko takie trochę biżuteryjne:

To są prawdziwe antyki, bo zrobiłam je jeszcze jako grzeczna uczennica podstawówki. Sama się dziwię dlaczego to wciąż trzymam, ale jakoś tak trudno mi się z nimi rozstać. Trzymam je chyba właściwie jako ciekawostki przyrodnicze, bo robione były w czasach gdy nie można było dostać wielu rzeczy. Wykorzystywało się więc różne dziwne surowce. Koraliki są więc z nasion pigwowca. A krzyżyk jest ulepiony z chleba, pomalowany farbą plakatową, ozdobiony prasowaną słomką i polakierowany lakierem z rozpuszczonego styropianu. Myślę, że to ciekawa kombinacja. Czy dzisiaj komuś chciałoby się tak zabawić?

 
1 , 2 , 3 , 4